sobota, 28 listopada 2015

Rozdział 10

  Rano obudziły mnie głośne jak na tę porę rozmowy. Słyszałem męskie głosy i śmiechy. Zdziwiłem się, bo jednego z nich zdecydowanie nie znałem. 
 Wstałem, otrzepałem przyklapnięte włosy i poczłapałem do największego pokoju w naszym campusowym mieszkanku. Poczułem się dziwnie skrępowany stojąc w samych bokserkach mimo, że byli tu tylko chłopcy. Stwierdziłem, że Max i Josh patrzyli na mnie stanowczo zbyt długo. Starałem się to zignorować. 
Szybko zauważyłem dwie obce osoby. 
- Chase Palmer - wstała jedna z nich. 
Miał ciemne włosy i opaloną skórę, a jego oczy miały nieprawdopodobny odcień metalicznej szarości tak zimnej, że ciężko było w nie długo patrzeć. Jego cała postać była raczej oziębła, był wysoki i bardzo szczupły. Ostre rysy twarzy dodawały mu grozy zwłaszcza, że wcale się nie uśmiechał. Miał na sobie ciemną koszulkę i czarne przecierane dżinsy. 
Przedstawiłem się, nie mogąc oderwać od niego wzroku. 
- Evan Palmer - podniósł się drugi z nieznajomych. 
Miał oliwkową cerę, piegi i kasztanowe włosy. Ubrany był  w pomarańczową bluzę i błękitne spodnie podwinięte do kostek. Uśmiechał się szeroko, pogodnie odsłaniając zęby. Gdyby nie chłodna stal jego oczu, nigdy nie powiedziałbym, że on i Chase to bliźnięta. 
- Liam Blake - powtórzyłem, czując się coraz bardziej idiotycznie w pomiętych majtkach z supermana. 
Dodatkowo dostrzegłem, że Josh nadal mi się przypatruje. Posłałem porozumiewawcze spojrzenie Peterowi, który także to zauważył, po czym wróciłem do sypialni, wziąłem ubrania i zniknąłem w łazience. 
Mój policzek, obity wczoraj przez Adama, wyglądał już dużo lepiej. Był tylko trochę spuchnięty i zaczerwieniony, ale wiedziałem, że do jutra zniknie. Gdy głosy w pokoju ucichły, wyszedłem. Byli tu tylko Pete i Vanessa. 
- Hej - przywitałem się z nią. 
- Słyszysz? - spytał Peter, chociaż wiadome było, że nie słyszałem. - Nora nie wróciła na noc.
- To prawda - podjęła Van. - Wczoraj wieczorem weszła na moment i wyszła z powrotem. 
Momentalnie wzrosło mi ciśnienie, ale zanim zdążyłem się zdenerwować, Van kazała mi się uspokoić. Po raz kolejny powtarzała, że nie mam prawa jej ograniczać i że ona wie najlepiej, co robi. Nie mogłem uwierzyć, że moja przyjaciółka jest tak ślepa, że naprawdę nie widzi, co się dzieje i jaki jest Adam Whitney...  
Zdawało mi się, że wszyscy byli tak samo ślepi, wszyscy oprócz mnie. 
Wariowałem. Chyba wariowałem. 
- Jestem żałosny - przyznałem cicho, zwieszając głowę. 
Poczułem miękkie, ciepłe objęcia Vanessy. Nie zaprzeczyła, ale też nie potwierdziła tego, co powiedziałem. Zerknąłem w górę, na Petera, który tłumił śmiech. 
- Co - warknąłem w jego stronę. 
- Nic, przypomniało mi się, jak nasz drogi współlokator się na ciebie patrzył - zarechotał. 
Wiedziałem, że częściowo celowo zmienia temat, ale nie protestowałem. 
- Przestań - skrzywiłem się ze śmiechem. 
- Też ci się podoba? - zamruczał, trącając mnie w ramię. 
- Nie chcę wnikać w to co sobie myśli. Jak ma ochotę, to niech sobie na mnie patrzy. Zresztą chyba i tak bardziej podoba mu się Max, nie?
Peter pokiwał głową. 
- Nieźle trafiliśmy - stwierdził nadal się śmiejąc. 
- Jest w porządku. To, czy woli dziewczyny czy nie mnie nie interesuje - powiedziałem, nie chcąc być aż tak okropny. 
Pete spoważniał. 
- Wiem. Mnie też nie. Lubię go.
Uniosłem jedną brew, na co wybuchnął kolejną falą śmiechu, a ja rozluźniłem się, myśląc, że może serio powinienem trochę odpuścić z Norą, a bardziej skupić się na moich przyjaciołach. To miał być nasz czas. Collage. Nie mogłem tego zmarnować. 

wtorek, 24 listopada 2015

Rozdział 9

 Westchnąłem. Wróciliśmy do pokoju, ale nie zostałem w nim. Postanowiłem sprawdzić jeszcze jedno miejsce. Jeśli nie będzie jej tam, dam sobie spokój - myślałem, w głębi duszy wiedząc, że to nieprawda. 
 Skierowałem się na zachodnie zbocze. Idąc przez parking, rozglądałem się na wszystkie strony, aby przypadkiem nie pozwolić jej uciec sobie spod nosa. Minąłem murek z kałużą zaschniętych wymiotów i zszedłem na skwer, który kilka metrów dalej stromo spadał w dół. 
 Za plecami słyszałem coraz więcej głosów. Setki nastolatków wybierały się właśnie na jedną z powitalnych dyskotek, a ja nie rozumiałem, czemu nikt nie przejmuje się nieobecnością Nory i dlaczego nikt nawet nie zauważył, że jej nie ma.
Zobaczyłem w oddali czarny zarys postaci. Odetchnąłem.
 - Nora - wyszeptałem, kiedy zbliżyłem się do niej. 
Siedziała na swoim kamieniu, odwrócona plecami do mnie. Na czubku głowy miała niedbałego, poszarpanego koka, a na nogach ubłocone buty. 
- Liam - odpowiedziała cicho, wykręcając szyję w moją stronę. 
- Czy on ci coś zrobił? - spytałem rzeczowo.  
- Nie - odparła trochę drżącym głosem.
- Nie bój się - poprosiłem, ale ona tylko potrząsnęła głową z lekkim uśmiechem - nie boję się ciebie.  
- Chcę ci pomóc, Nora. Bardzo chciałbym ci pomóc. 
- Nie potrzebuję pomocy - obruszyła się lekko. - Przecież nic mi nie jest. 
- Narazie - mruknąłem, ale stopiło się to z jej kolejnymi słowami. 
- Jak się czujesz? Boli jeszcze?  - wskazała wysuniętą brodą na mój policzek. 
- Już nie - skłamałem. 
- Przepraszam za to. 
- Nie twoja wina - wzruszyłem ramionami. - To on jest nienormalny. 
Odsunęła się ode mnie nieznacznie. 
- Nie jest. Jest po prostu trochę porywczy. I nerwowy. Ale to tyle, nic więcej. 
- Jasne - odparłem cicho. 
Nastała krępująca chwila przepełniona napiętą ciszą. Nie byłem pewien, ale może uraziło ją to, że powiedziałem źle o Adamie...
- Powinnam wracać do pokoju. Do dziewczyn. Już dość późno. 
Podnieśliśmy się. 
- Na pewno wszystko dobrze? - upewniałem się. 
- Tak, tak - powiedziała. 
- Czy mogę - zagryzłem wargę i westchnąłem. Teraz albo nigdy. - Czy mogę cię przytulić, Noro? 
Była zaskoczona, ale uśmiechnęła się miło. Pokiwała głową. Objąłem ją dość niezdarnie, ale mocno i - jak mi się wydawało - czule. Upłynęło kilka sekund, kiedy poczułem, że dziewczyna delikatnie się wykręca. 
- Wiesz, Adam może zobaczyć. Nie chcę narażać cię na kolejne bitki - wyjaśniła. 
Jej głos drżał jeszcze bardziej, ale tym razem z pozytywnych (mam nadzieję) powodów. Zadowoliło mnie to. Rozmarzyłem się na moment, ale musiałem skupić uwagę na mojej towarzyszce, która coś mówiła, a ja nie słuchałem. Przytaknąłem tylko, nie mając pojęcia na co, ale nie zorientowała się, że myślami byłem kompletnie gdzie indziej. 
- On cię nie skrzywdzi - popatrzyłem jej głęboko w oczy. - Nigdy, rozumiesz? Nigdy - obiecałem dość poważnym tonem. 
Pokiwała tylko głową, zarumieniona. 
Wątpię, żeby mi uwierzyła, ale może chociaż pocieszały ją moje starania. Może jestem uroczy, czy coś. 
Staliśmy chwilę pod jej drzwiami. Była noc, gwiazdy, muzyka z dyskoteki, właściwie wszystkie czynniki uznawane powszechnie za sprzyjające romantycznej atmosferze. Patrzyła na mnie jakby z wyczekiwaniem, ale nie zrobiłem niczego godnego pochwały. Stałem tylko i pozwoliłem odlecieć idealnemu momentowi na pocałowanie Nory Anderson. 
Gdy w końcu pożegnała się szeptem i zamknęła drzwi, było za późno.  

sobota, 21 listopada 2015

Rozdział 8

 Szliśmy przez campus szybkim krokiem, Max nieco z przodu. Za nim ja i Peter. Josh natomiast truchtał z boku, uważnie przyglądając się naszemu nowemu towarzyszowi. Był wysoki i chyba nawet przystojny, ale nie wydawał mi się aż tak imponujący. Nie znam się na chłopakach. 
- To tam - wskazał rozświetlone okna. - Nie chcę tam podchodzić, poczekam. 
- Dziękuję ci bardzo - powiedziałem szczerze. - Resztę załatwię sam.
-Uważaj - nakazał. - Nie przesadzaj, pamiętaj, że są silniejsi od ciebie.
Sytuacja zrobiła się dość poważna, atmosfera napięta. Czułem się jak odważny, niegrzeczny chłopak, który idzie zrobić coś bardzo ważnego, przełomowego, coś, co zmieni go w mężczyznę. Chyba tylko ja miałem takie odczucie, ale nie pozbywałem się go na siłę. 
Popatrzyłem na Petera na znak, że już możemy iść, ale on stał w miejscu. 
- Nie zamierzam się im podstawiać. Poczekam tu, jakby coś to zawołam pomoc. 
- Daj spokój, przecież nie idę się bić - zapewniłem, chociaż w głębi duszy nie liczyłem na to, że obejdzie się bez pięści. 
- Wątpię, żeby ten Adam chciał rozmawiać. 
- Ja też nie chcę - odparłem. - Ale muszę. 
- Wcale nie musisz. Ona o to nie prosiła. Są razem niewiadomo jak długo, a ty znasz ją kilka godzin. Już przez nią dostałeś. Zastanów się. Chcesz zepsuć sobie opinię już w pierwszy dzień w Mountlake? Mamy tu spędzić trzy lata, pamiętaj o tym. 
Zacisnąłem zęby, bo miał rację, a ja nie mogłem się zgodzić. 
- Dobra, poczekaj - odpowiedziałem w końcu i obróciłem. 
Bałem się, ale równocześnie czułem przyjemną ekscytację. Chwilę wcześniej myślałem, że tylko Josh i Pete chcą tu przyjść dla zabawy, ale teraz dostrzegłem, że i ja traktuję to jako niebezpieczną rozrywkę. W porządku, może są bardziej szalone i niebezpieczne rzeczy, jakie można robić w campusie, ale dla mnie już to było niezłą przygodą. 
Wmawiałem sobie, że idę jedynie dla Nory i że adrenalina wcale nie rozsadza mi głowy. 
Zobaczyłem przez okno Waltera Caldermana. Drzwi były uchylone - pewnie często ktoś ich tu odwiedzał, byli popularni. Zatrzymałem się na progu, pewnie popychając drzwi. Wzrok dwóch rosłych brunetów, którzy byli chyba bardziej facetami niż chłopakami, padł na mnie. Milczeli. Byli sami, więc oceniłem, że jeśli nie wejdę do środka, tylko zostanę tutaj, w razie potrzeby zdążę im uciec.
- Szukam Adama - powiedziałem pewnym głosem.
- Szukaj dalej, tu go nie ma - odparł jeden, rozpościerając wielkie ramiona w geście bezradności.
- A gdzie jest? - zapytałem. 
- Nie wiem. Nadużywasz trochę naszej gościnności - dodał po chwili ciszy Walter. 
- Powiedz gdzie on jest i już mnie nie ma.  
-Stawiasz warunki? - zaśmiał się. - Ho,ho. Wyjdź stąd, młody. Już.
- Jest z nim Nora? 
- Co? - zatrzymał się w pół ruchu Calderman. 
- Czy jest z nim Nora - powtórzyłem. 
Wkurzył się. Wcisnął moje chuderlawe ciało w futrynę i patrzył na mnie groźnie. 
- Radzę ci się do niej nie zbliżać - warknął. 
- Puść - poprosiłem, wysuwając się z jego spoconych objęć. - Nora się go boi. 
- Ty się go boisz - zarechotał, wypychając mnie za próg. 
Nie chciałem dłużej być blisko niego, więc posłusznie odszedłem. Wymieniłem z Peterem spojrzenia, aby wiedział, że już po wszystkim, ale nie podszedłem do nich od razu, żeby Calderman tego nie widział. 
Wizyta w pokoju Adama wcale nie była taka emocjonująca, jak się spodziewałem. Jedyne co stamtąd wyniosłem, to kolejna rada, aby zostawić Norę w spokoju...

środa, 18 listopada 2015

Rozdział 7

Poderwałem się. Musiałem odszukać Norę.
 Właściwie nie wiem czemu, ale ogarnęła mnie panika. Zdawałem sobie sprawę, że w oczach moich 
 przyjaciół wyglądam jak kompletny szaleniec, że moje zachowanie jest w nielogiczne i 
głupie, ale coś mną kierowało, coś, czego nie mogłem powstrzymać.  Po tym, jak widziałem Adama w furii miałem prawo się denerwować o dziewczynę pozostawioną z nim sam na sam. Zwłaszcza, jeśli była to taka dziewczyna. Nie byle jaka, tylko ona. Zacisnąłem pięści
   - Van, idźcie już do siebie. Zadzwoń jeśli Nora wróci, okej? - poprosiłem
   - Liam, jesteś ranny - jęknęła Angela. 
Popatrzyłem na nią krzywo
   - Nie jestem ranny - powiedziałem. - Uważajcie na siebie.
   - Może pójdziemy z tobą - zaproponowały. 
   - Nie - wtrącił się stanowczym głosem Peter. - Dzisiaj jest ta powitalna impreza, nie? Przygotujcie się, czy coś. 
Popatrzyły po sobie. Nie martwiły się o swoją współlokatorkę tak bardzo jak ja, ale równocześnie wiedziały, że pójście na zabawę w takiej sytuacji nie jest najlepszym pomysłem. 
Przestałem się przejmować moim podsiniałym policzkiem i wyszedłem z pokoju zanim zdążyły zalać mnie kolejną  falą piskliwych protestów. 
Było chłodno.  Czułem się dziwnie, może dlatego, że pierwszy raz ktoś dał mi w twarz, a może dlatego, że pierwszy raz zależało mi na dziewczynie. A może dlatego, że dostałem akurat od chłopaka tej dziewczyny. 
Nadal nie rozumiałem, dlaczego to zrobił. Jedynym sensownym wytłumaczeniem był fakt, że Adam Whitney był nienormalny. Tak, nie da się ukryć, myślałem, idąc przed siebie. Nie do końca zaplanowałem, jak będzie przebiegało moje poszukiwanie Nory, więc przystanąłem pod drzewem i skupiłem się. Było wiele opcji, mogła być u niego, albo u kogoś znajomego. Albo na zboczu. Albo w ogóle nie było jej na terenie campusu, może gdzieś razem pojechali. 
Zdałem sobie sprawę w jak beznadziejnej sytuacji jestem i że tak naprawdę ona może się teraz świetnie bawić, a tamta scena była tylko pokazem męskości Adama i formą przekazania mi, że oboje mnie nie lubią. Starałem się odrzucić taką wizję, nie wierzyłem w nią.
Ktoś szturchnął mnie w ramię. 
    - To co robimy? - usłyszałem głos Petera.
Odwróciłem się. Stał razem z Joshem tuż za moimi plecami, szczerząc zęby. Byli dumni, że przyszli pomóc i choć wiedziałem, że dla nich to tylko wieczorna, niecodzienna atrakcja, było mi miło, że nie zostawiali mnie samego. 
W tym momencie przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Może nieco żałosny, ale jak już wspomniałem, wtedy nie obchodziło mnie nic innego niż Nora. Mój wzrok spoczął na drzwiach sąsiadujących z naszymi
- Co robisz - zdziwił się Pete, ale nie zdążyłem odpowiedzieć. 
Sekundę po tym, jak zastukałem, przed naszymi oczami stanął niski chłopak w okularach. 
 - Hej - powiedział nieco pytającym głosem. 
 - Cześć, nazywam się Liam Blake, a to są Peter Paulson i Josh Lancaster. Mieszkamy obok.
 - Oliver Grey - skinął. - Co ci się stało? - chciał wiedzieć. 
Uśmiechnąłem się sucho
- My właśnie w tej sprawie. Szukamy Adama Whitney'a, jest w radzie uczniowskiej, na ostatnim roku. Wysoki, napakowany, krótkie włosy. Rozdawał dziś takie książki...
- Jestem tu nowy, nie znam go. Ale poczekaj - wychylił się w głąb pokoju - Max? Chodź na chwilę. Szukają jakiegoś Adama z rady uczniowskiej - wyjaśnił. 
Wycofał się z progu, żeby zrobić miejsce drugiemu chłopakowi. Brunet z równo ułożonymi włosami i starannie wyprasowanym ubraniem podał mi rękę
- Max Hampton. A więc szukacie Whitney'a, hmmm? To on ci to zrobił? - wskazał na moją twarz. - Nie wiem, jak mu podpadłeś - kontynuował nie czekając na odpowiedź - ale odpuść sobie. To - wskazał ponownie - jest niczym w porównaniu do tego, co ten koleś potrafi. Zgniecie cię gołymi rękami, byleby tylko zyskać w oczach przewodniczącego, Caldermana. Lepiej z nimi nie zadzierać. 
Milczałem, ze wzrokiem wbitym w jego nienagannie czyste adidasy
- Wiesz, który to jego pokój? - spytałem wreszcie. 
- Liam, może jednak powinieneś dać sobie z nią spokój - zaproponował Peter.
- Nią? - zapytał Max. - Startujesz do Nory? Stary, oszalałeś
- Nie startuję. Rozmawialiśmy. Nic więcej. 
- Też kiedyś dostałem od Whitney'a. Też tylko z nią gadałem. Podbił mi oko, chociaż doskonale wie, że nigdy nie zainteresowałbym się Norą. 
- Po prostu się o nią martwię - przyznałem.
- Niepotrzebnie. On nic jej nie zrobi, potrzebuje jej
- Potrzebuje?
- Tak. Wtedy jest fajniejszy, atrakcyjniejszy. Zabiega o niego więcej dziewczyn, każda chce być tą, która odbije go Norze. Chce, żeby o niego walczyły, rozumiesz
- Szczerze, nie - przyznałem
Max westchnął, zdejmując z wieszaka czarną bluzę. Zarzucił ją na siebie wychodząc z pokoju
- Nie pamiętam numeru - powiedział - ale trafię bez problemu. Chodźcie
 

 

niedziela, 1 listopada 2015

Rozdział 6

 Odczekałem chwilę, po czym chwiejnym krokiem ruszyłem do pokoju. Nie miałem klucza, ale zostawiliśmy uchylone okna. Włożyłem ramię do środka i z trudem udało mi się najpierw zamknąć, a potem otworzyć na oścież jedno z nich. Podciągnąłem się i wlałem do pokoju niczym glut, nie panując nad swoim ciałem. Z hukiem spadłem na podłogę, co nawet trochę mnie rozśmieszyło, bo była to scena rodem z kreskówki. Mimo humoru, jaki na moment mi dopisał, czułem się nie najlepiej. 
    Powlokłem się do łazienki. Spojrzałem w lustro na trzy-cztery. Skóra na mojej lewej kości policzkowej była w jednym miejscu obtarta, a wokół tworzył się malinowy siniak. Usta kleiły mi się od żółto - szarej, zasychającej już mazi. Prawą stronę twarzy miałem odgniecioną na czerwono, co świadczyło o tym, że po upadku leżałem na trawie dłużej, niż mi się zdawało.  Umyłem ją w ciepłej wodzie i przetarłem otarcie spirytusem, tak jak kazała mama. Wątpię, żeby przewidziała, że dostanę od starszego chłopaka już w pierwszy dzień, spodziewała się raczej przecięcia czy czegoś takiego. Tak czy owak podziękowałem jej w duchu, że spakowała mi mini apteczkę. 
      Położyłem się do łóżka i postanowiłem czekać na chłopaków. Liczyłem też na to, że Van zaparzy mi herbatę, jak w domu. Lubiłem się czasami trochę nad sobą poużalać, a atak Adama był ku temu odpowiednią okazją. 
      Zamknąłem oczy i myślałem o Norze. Co z nią. Czy zostawiła Whitney'a, czy może nadal z nim jest. Zrobił jej coś? Awanturuje się, że ze mną gadała? 
      Usłyszałem klucz przekręcany w zamku i przyciszone komentarze Vanessy, Petera i Josh'a o włamywaczu.

- To ja - zawołałem do nich z sypialni.
- Li? Jak ty tu ... - zaczęła Van. - O boże co ci się stało? - dokończyła, widząc mnie.
- To nic, nic takiego. Czy Nora jest u was?
- Kto?
- Nora - powtórzyłem. 
- O jezu, co mu jest - dobiegł mnie zdziwiony głos Angeli. 
Van nadal nie odpowiadała. Mimo, że cała sytuacja trwała jakieś 10 sekund, denerwowała mnie powolność ich wszystkich.
- Peter! - podniosłem głos. Gdy się zjawił, zacząłem, zanim zdążył spytać o moją twarz. - Pete, idź do dziewczyn i zobacz, czy Nora tam jest, proszę. To bardzo ważne.
 Nie wiedzieć czemu nie wydał się wstrząśnięty moim stanem, ale cieszyło mnie to. Kiwnął tylko głową i szybko wyszedł. 
- Powiedz wreszcie co się stało - poprosiła Vanessa. 
Nie chciało mi się opowiadać, ale zaniepokojone oczy mojej przyjaciółki były już pełne łez, więc westchnąłem i zebrałem myśli. 
- Byłem z Norą. Nic wielkiego, tylko ze sobą rozmawialiśmy. I przyszedł ten jej chłopak - dziewczyny wymieniły spojrzenia. - Tak, ten super zapaśnik z ostatniego roku - zachichotałem jak one wcześniej, tylko ze zirytowaną miną. -  Wkurzył się, nie wiem o co. Po prostu wpadł w szał. Dobra, mogłem powiedzieć coś, co go odrobinę zezłościło, ale bez przesady... Później dał mi tylko w twarz i zabrał ją. A ona nie chciała. Bała się. 
 Nic nie odpowiedziały, ale obie cicho jęknęły. Były równocześnie wystraszone i zakłopotane. Ciszę przerwał zdyszany Peter. 
- Nie ma jej - zakomunikował, a mi urosła w gardle olbrzymia gula.  

środa, 14 października 2015

Rozdział 5

  Peter zastukał i po chwili w oknie pojawiła się twarz Vanessy. Sekundę później byliśmy już w środku. Nie wiem, czego się spodziewałem, ale w pokoju nie było nikogo ani niczego wyjątkowego. Żadnej olśniewającej piękności skąpo ubranej w strój do gimnastyki, czy coś podobnego ( nie żeby takie myśli zdążyły się utworzyć w mojej głowie przez ten krótki moment czekania ). Oprócz Van i Angeli była tu jeszcze jedna dziewczyna, niewątpliwie właścielka cudowego śmiechu. Nie była szczególnie ładna, ale też nie brzydka. Ani chuda, ani gruba. Jej cera nie była taka jak cera Angeli, ale też nie idealnie gładka. Nie miała na sobie krótkiej spódniczki, a pod spodem na pewno nie kryły się kalwinowskie sznureczki czy delikatny materiał wykończony koronką. Dość umięśnione, ale równocześnie okrągłe ciało ubrane miała w grafitową bluzkę na ramiączkach i czarne spodnie z dziurami na kolanach. Włosy o szarawym kolorze ciemny blond układały się w niesymetryczne spiralki, z pewnością naturalne. Jej niewielkie, różowe usta wykrzywione były w nieśmiałym uśmiechu. Oczy skierowała prosto na mnie. Bez wątpienia. 
- A to jest Liam - powiedział nagle Pete. 
 Brzmiało to tak, jakby wszyscy już się zapoznali, ale niczego nie słyszałem. 
- Nora - odpowiedziała aksamitnym głosem dziewczyna. 
 Nora. Tak. Idealne imię. Można je było wyczytać z jej błękitnych oczu. Nie mogła nazywać się inaczej. Nora było rzadko spotykane i tajemnicze. Jak ona. Tak mi się przynajmniej zdawało na pierwszy rzut oka.
- Skąd jesteś, Nora? - zapytał Josh. 
Po raz kolejny rozbrzmiało pytanie. 
- Z Mountland. A wy? - skierowała to pytanie bardziej do mnie niż do wszystkich, przez co trochę się odważyłem. 
- Ja i Peter z Fallingstone, jak Vanessa. A Josh z Wirtlon - odparłem najbardziej luźnym i równocześnie męskim głosem, na jaki było mnie stać. - Pewnie znasz tu wiele osób - zagaiłem. 
- Trochę - przyznała. 
- Szczególnie tych starszych, no nie? - trąciła ją łokciem Van i wszystkie trzy zachichotały równo. 
Nora jednak dziwnie smutno, nie tak jak wcześniej. Posłałem Vanesssie pytające spojrzenie, na co wyjaśniła z przejęciem:
- Nora ma chłopaka w Radzie Uczniowskiej. Zapaśnik z ostatniego roku - prawie zapiszczała. 
Znowu zachichotały. Idiotki. 
Poczułem, jakby ktoś dał mi solidnego kopa w brzuch. Zrobiło mi się dziwnie niedobrze i słabo.
- Tego Waltera? - spytał Peter zupełnie niewzruszony. 
- Nie, nie - zaprzeczyła. - Jego przyjaciela, Adama - przeniosła wzrok na mnie. Wyglądała na lekko zaniepokojoną. - Wszystko w porządku? - spytała. 
Zdziwiłem się, że o to pyta, ale oto uświadomiłem sobie, że stoję z zaciśniętymi do białości pięściami i otwartymi ustami. Mogłem sobie jedynie wyobrazić jak policzki płoną mi na tle pobladłej twarzy. Trzepnąłem głową i rozluźniłem dłonie.
- Tak, jasne. Muszę się przewietrzyć, przepraszam was - i po prostu wyszedłem.
Najzwyczajniej w świecie, jak ostatni kretyn, opuściłem pokój dziewczyny moich marzeń. Nie mogłem się opanować, szedłem i szedłem, nie znając nawet campusu na tyle, żeby wiedzieć dokąd trafię. 
Moje rozgoryczenie zaniosło mnie aż na zachodnie zbocze wzgórza. Już nienawidziłem tego miejsca. To niesprawiedliwe. Wszystko bez sensu. 
O tej porze zaczynało się tu opierać czerwone słońce. Zszedłem kilka metrów w dół, gdzie wypatrzyłem spory płaski głaz wystający z ziemi. Wokół rosła gęsta, mocno zielona trawa sięgająca za kostki i setki małych stokrotek niewinnie wystawiających białe płatki do ostatnich promieni. Usiadłem na kamieniu. Ku mojemu zdumieniu było tu tak stromo, że dało się spuścić w dół nogi tak, żeby wisiały swobodnie bez dotykania gruntu. Patrzyłem na las. Było tu cicho, mimo, że tak blisko znajdował się głośny rój nastolatków. Drzewa szumiały spokojnie, tak, jakby chciały ukołysać mnie do snu. Tę ciszę przerwał znajomy, ciepły głos. 
- Wszystko w porządku? - zapytała ponownie Nora. 
Poczekałem, aż usiądzie obok mnie. Usiadła niespodziewanie blisko. 
- To moje miejsce - powiedziała jakby z wyrzutem, że ośmieliłem się tutaj przyjść. - Przychodzę tu, kiedy jestem smutna. A ty? Dlaczego ty jesteś smutny, Liam?
 Sposób, w jaki wypowiadała moje imię rozgrzewał mnie i sprawiał, że chciałem ją mieć tylko dla siebie. 
- Jesteś na pierwszym roku i przychodziłaś tu już wcześniej? - uniknąłem jej pytania. 
- Kiedy odwiedzałam Adama - wyjaśniła. 
Westchnąłem cicho, ale udawałem obojętność. 
- Dlaczego więc jesteś... - zaczęła. 
- Nie jestem - przerwałem dość niegrzecznie.
 Odsunęła się ode mnie nieznacznie, ale przestałem już czuć jej ciepło. 
- Znasz Adama? - chciała wiedzieć. 
- Nie znam - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. 
I nie chcę znać - dodałem w myślach. 
- Powinniśmy iść na kolację - powiedziała, co brzmiało jak zaproszenie. 
- Tak, chodźmy - przytaknąłem, wstając. 
Podałem jej rękę, aby pomóc jej zejść z kamienia. Wiedziałem, że tego nie potrzebuje, ale chciałem być miły. Pragnąłem też dotknąć chociaż raz jej dłoni, oczywiście. Była delikatna, mała i ciepła. Poczułem wyraźne ukłucie żalu, kiedy mnie puściła szepcząc "dzięki". Wyszliśmy powoli na szczyt, a słońce grzało nam plecy. Miałem wrażenie, jakby Nora była moja, jakbyśmy spędzili razem bardzo długi czas. Moje szczeniackie fantazje nie trwały jednak długo, bo oto w naszym kierunku zmierzał jeden z towarzyszy Waltera Caldermana. Usłyszałem ją, jak klnie pod nosem. To nie wróżyło niczego dobrego. 
- Z kim ty się włóczysz, Nors - warknął, zagarniając ją ramieniem. 
- Daj spokój, Adam, to mój kolega - próbowała wytłumaczyć. 
Gdybym miał dziewczynę, nie chciałbym, żeby była przeze mnie tak przerażona, jak była teraz Nora przez Adama. 
- Trzymaj się od niej z daleko ty cioto - poradził Adam. 
- Raczej nie mam takiego zamiaru - wypłynęło niespodziewanie z moich ust. 
- Co takiego? - prychnął. 
- Nie mam takiego zamiaru - powtórzyłem spokojnie. - Będę spędzał z Norą tyle czasu, ile będziemy chcieli. 
- Wątpię - odparł i zanim zdążyłem się zorientować, co się stanie, uderzył mnie w twarz tak mocno, że zatoczyłem się na trawę. 
Nie mogłem złapać tchu, nie wiem, czy z bólu, czy z zaskoczenia i strachu. W uszach dzwonił mi szyderczy, obrzydliwy śmiech. 
- Co ty zrobiłeś?! - wykrzykęła Nora. 
Wyrwała mu się i klęknęła przy mnie. 
- Przepraszam, Li, przepraszam... - powtarzała zduszonym głosem. 
Nie odpowiedziałem, bo Adam podniósł ją i wziął na ręce, odchodząc daleko ode mnie. Nie protestowała, za bardzo się bała. Wiedziałem, że powinienem biec za nimi, odebrać mu Norę, pokonać go w walce i zdobyć serce jego dziwczyny. Ale taki filmowy scenariusz nie był dla mnie. Rezygnując z pościgu, powoli podniosłem się z trawy i opanowałem zawroty głowy. Słyszałem wiele nasilonych głosów - wszyscy chyba szli teraz na kolację. Ta sytuacja była tak niespodziewana, że wydawała się równocześnie dramatyczna i śmieszna. Koślawo podpełzłem do muru i wyjrzałem. Fala ludzi pchała się w kierunku stołówki. Nie zauważyłem Petera, ani Van, ani Nory, o którą się martwiłem. Poczułem nagle mocny skręt w brzuchu. Obróciłem się i chlusnęła ze mnie solidna salwa wymiotów.


niedziela, 4 października 2015

Rozdział 4

 - Hej - przywitałem się, wpuszczając nowego do środka.
- Cześć - odparł. - Jestem Josh Lancaster.
- Liam Blake - podałem mu dłoń. 
- Peter Paulson - przedstawił się zza moich pleców Pete. 
  Poprowadziliśmy  Josha do sypialni, aby się rozgościł. Sami usiedliśmy na moim łóżku. 
- Jesteś stąd, Josh? - zapytałem. 
- Nie, z Wirtlon. A wy?
- Fallingstone. 
Pomyślałem, że tak pewnie będzie wyglądał najbliższy tydzień. Podawanie rąk, zapamiętywanie twarzy, przedstawianie się, zapamiętywanie imion, zadawanie podstawowych pytań i zapamiętywanie odpowiedzi. Dziwiło mnie jednak, że już kolejna osoba nie jest z okolic Mountlake. 
- Znacie tu kogoś? - spytał.
- Mamy przyjaciółkę. Ma całkiem miłą współlokatorkę, która nie zna kompletnie nikogo. Chyba powinniśmy narazie trzymać się razem. 
- Chętnie - zaśmiał się nasz nowy znajomy. 
 Była siedemnasta. Kilka minut później do naszych drzwi ktoś zapukał. Zanim odpowiedzieliśmy, w środku znalazło się czterech dużych, starszych od nas chłopaków. Musieli być z ostatniego roku. 
- Witajcie w Mountlake Collage - odezwał się jeden. - Jestem Walter Calderman, przewodniczący. Peter Paulson?
Trąciłem go łokciem. 
- To ja - odpowiedział zbyt cienkim głosem.  
Ci na progu wymienili rozbawione spojrzenia, a jeden zachichotał. 
- Trzymaj - podał mu opasłą książkę. - Masz tu plan lekcji, album ze zdjęciami nauczycieli, listę podręczników i tego, co musisz nosić na zajęcia, regulamin campusu, ważne daty i takie tam. Nie zgub. 
Pete odebrał książkę i szybko się wycofał. 
- Liam Blake? 
- Dzięki - powiedziałem, odbierając taki sam tom. 
- Zgaduję, że ty to Josh Lancaster. 
- Mhm - odparł, biorąc ostatni. 
- O dziewiętnastej jest kolacja. O dwuciestej pierwszej powitalna impreza. Do rozpoczęcia roku odbędą się jeszcze dwie. Kolejne będą pewnie dopiero w zimie, więc warto iść - dodał Walter wzdychając. 
Nie wiem, czy używał takiego tonu, żeby pokazać nam, jak mało znaczymy i że i tak jesteśmy mu obojętni, czy naprawdę był już zmęczony łażeniem od pokoju do pokoju i powtarzaniem w kółko tej samej kwestii lękliwym nowicjuszom takim jak my.
- Czujcie się jak u siebie - rzucił jeden z jego towarzyszy i zanim zdążyliśmy jakoś zareagować, wszyscy wyszli. 
- Jest trochę straszny - stwierdził cicho Josh, na co zgodnie pokiwaliśmy głowami.
 Wyszliśmy na zewnątrz. Na skwerku rozmawiali moi rodzice, pan Paulson i - jak zgaduję - państwo Lancaster. Ojciec Josha miał rude włosy i piegowatą skórę, a mama jasną cerę i białe włosy.
- Nie wdałeś się w rodziców - zauważył Peter. 
- To nie są moi rodzice - odpowiedział cicho, a jego twarz jakby zastygła. 
 Popatrzyliśmy po sobie. Zrobiło się niezręcznie. 
- Wybacz, stary - poklepał go po chwili Pete. - Nie wiedziałem. Serio przepraszam.
- W porządku. Przyzwyczaiłem się już. Mogło być gorzej, mogłem być czarny - rzucił, co miało chyba być żartem rozładowującym atmosferę. 
Nie podziałało. Josh wyszedł przed nas, unikając dalszej rozmowy na ten temat. Było mi wstyd za Pete'a, ale wiedziałem, że nie powiedziałby czegoś takiego celowo. Skupiliśmy się na pożegnaniu, bo dopiero teraz pojęliśmy, że zostajemy sami. Teraz, już. Nagle. Sami. Mama nie będzie zbierała brudnych ubrań z mojego pokoju, nie będzie robiła prania ani prasowania, nie będzie przypominała o wynoszeniu śmieci, ani odkurzaniu. Wszystko się zmieni. Cisza, którą tak uwielbiałem w swoim domu i samotność w czterech ścianach mojego pokoju już nie wrócą. Teraz byłem z Peterem i Joshem i mimo, że tak bardzo cieszyłem się z wyjazdu do campusu, chciałem teraz wrócić z rodzicami do Fallingstone. Poczułem, że jednak nie jestem tak dorosły, jak mi się wydawało. Ale było juz za późno. Mama ostatni raz przytuliła mnie, ocierając łzy i szepcząc mi do ucha, że bardzo mnie kocha i mam często dzwonić. Tata zawołał ją z samochodu, bo nie chciał przedłużać tej trudnej chwili w nieskończoność. Popatrzyliśmy sobie tylko w oczy, co wyrażało więcej niż rozmowa. Oboje machali mi, dopóki auto nie zniknęło w dole zbocza. Tuż za nimi wytoczyło się suzuki Paulsonów. 
- Trochę się boję - przyznał Peter, gdy odjechali również państwo Lancaster. 
Udaliśmy się w stronę pawilonów mieszkalnych. Nie było już forda rodziców Vanessy, co znaczyło, że były z Angelą same w pokoju. Podsunąłem, że można iść do nich i zobaczyć jak się mają, a później wspólnie udać się na kolację. Josh i Pete uznali, że to dobry pomysł i już po chwili znaleźlismy się przed pokojem numer 72 sektoru drugiego. Zatrzymaliśmy się pod drzwiami, a moich uszu dobiegł najpiękniejszy i najbardziej miękki śmiech, jaki dotąd słyszałem. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, mój smutek zniknął. Śmiech nie należał raczej do Angeli, a już z pewnością nie doVan. Poczułem coś dziwnego. Ścisnęło mnie w gardle. Trzecia współlokatorka.